
Łukasz Krupa prowadzi firmę Luk-Trans. Jest jednocześnie właścicielem i jednym z kierowców. Samochody Luk-Trasnu są dobrze znane. Wystarczy wpisać nazwę firmy w wyszukiwarkę internetową. Firma ma cztery ciągniki, a każdy z nich to stuningowana Scania V8.
W 2002 roku zatrudniłem się w szwedzkiej firmie i dostałem swoją pierwszą Scanię. Od razu V8, 16-litrową ze skrzynią Opticruise. Jak zobaczyłem, że potrafi ciągnąć 60 ton w górach i idzie praktycznie jak osobówka… Myślę, że od tego się zaczęło.
Szybsza niż czas
Dla nas najważniejszy jest czas przejazdu – mówi Łukasz Krupa. – Sprawdziłem to w Szwecji. Jadąc daleko na północ, do Kalixu czy Lulei, jedzie się cały czas pod górkę. W Sundsvallu jest bardzo długi podjazd. Naszymi poprzednimi samochodami, pięćsetkami, czterysta siedemdziesiątkami, osiągałem tam średnio 30 km/h. Najnowszą sześćset pięćdziesiątką nie zszedłem poniżej 60 km/h, przy pełnym ładunku. Zestaw ważył 46 ton. Dla mnie to imponująca prędkość przejazdowa. Kiedy policzę, ile mogę przejechać przez dziewięć godzin, to wiem, że w ciągu tygodnia mogę zabrać o jeden ładunek więcej. Samochód jest efektywniejszy. Niektórzy mówią, że V-ka jest nieekonomiczna. Zdecydowanie się nie zgadzam. Spalanie jest może troszkę wyższe niż rzędówki, ale czas przejazdu to wynagradza. Mamy zróżnicowane ładunki, czasem bardzo ciężkie. Zakładam, że mieścilibyśmy się poniżej 30 l/100 km, ale często jest mniej. Robert, kierowca pięćset dwudziestki osiąga średnio od 23,5 do 28 l/100 km. Nasza nowa R 650 w cyklu mieszanych ładunków pali 25,6 l/100 km. Jestem mega zadowolony z zakupu.
Luk-Trans zajmuje się przewozem ładunków ponadnormatywnych. Czasem są ciężkie, czasem nieporęczne. Kształt floty podyktowało życie. Firma używa m.in. rzadko spotykanych naczep typu jumbo, z pokładem obniżonym za siodłem.
– Pierwszą kupiłem od firmy Karlsson w Szwecji. Podjąłem się wtedy pracy dla branży motoryzacyjnej Przewoziłem części blacharskie na takich nietypowych, wysokich stelażach. Dzięki jumbo mogłem zabrać dwa stelaże więcej na raz. Wozimy różne rzeczy: łodzie, turbiny gazowe, walce, rozściełacze asfaltu, dźwigi, silniki, pługi, traktory, bardzo dużo maszyn leśnych. Czasem trafia się niby banalny, ale specyficzny ładunek jak chłodnica do słonej wody dla fabryki w Hiszpanii. Miała 3 m długości, 1,10 m szerokości, ale 3,30 m wysokości. Trafił się też wóz bojowy. Najdalej na północy byłem w Imatrze i Oulu w Finlandii, na południu w Gibraltarze, jeden z moich zestawów dotarł na Maltę. Jeździmy także do Irlandii. Mamy bardzo szeroki wachlarz ładunków i tras.

Zgrabna talia
Pierwszą swoją Scanię kupiłem w 2008 roku w Szwecji od Tommy’ego Hedberga, czterysta siedemdziesiątkę z turbocompound. Topline z 2003 roku, z manualną skrzynią, lekko stuningowaną. Osobiście nią jeździłem. Miała chyba 730 000 km przebiegu, jak ją kupiłem i grubo ponad milion, gdy sprzedałem. 10 lat ją miałem. Nigdy mnie nie zawiodła. W tej chwili mam cztery ciągniki Scania: pięćsetkę z 2008, pięćset dwudziestkę z jesieni 2020 roku, pięćset dwudziestkę z połowy 2021 i sześćset pięćdziesiątkę 6×2 z jesieni 2021. To nasz najnowszy zakup
– wymienia Łukasz Krupa.
Specyfikacja pojazdów to rezultat potrzeb i doświadczeń nabytych na przestrzeni lat.
– Firmę zbudowałem sam, od podstaw. Długo wahałem się, nim kupiłem pierwszy, nowy samochód. To była duża inwestycja. Po trzech latach rozmów z dilerem w Lublinie kupiliśmy nową pięćset dwudziestkę w 2016 roku. Umówiliśmy się, że będzie do odbioru w kwietniu, na moje urodziny. Idąc za ciosem zaraz potem dokupiliśmy kolejną. Z obecnych samochodów tylko moja Scania ma skrzynię manualną, w pozostałych są zautomatyzowane. Najnowszy Opticruise zrobił na mnie duże wrażenie, ale lubię zabawić się podczas jazdy, mieć kontrolę. Jestem fanatykiem ręcznej skrzyni. Zawsze zamawiam retarder, i to ten najmocniejszy. Oszczędza się klocki hamulcowe, tarcze. Na wzniesieniach w Norwegii bardzo pomaga, fantastyczna sprawa.

Wszystkie samochody mają aluminiowe felgi. Chodzi nie tyle o oszczędność wagi, ale wygląd i warunki pracy hamulców. Sądzę, że aluminiowe felgi szybciej oddają ciepło.
Zawsze mieliśmy kabiny Topline. Uważam, że na długich dystansach ważny jest komfort. Kierowcy u nas mają kabiny S, ale ja postawiłem na kabinę R. Bardziej mi się podoba, dla mnie to taki „oldschool”. Po trzech stopniach łatwiej mi wchodzić, chociaż jestem wysoki. Kierowcy mają po dwie lodówki. Mnie wystarcza jedna. Na miejscu drugiej jest świetne miejsce na suchy prowiant: kasze, ryż, soki itp. Mam to pod ręką. Jeśli chodzi o wyposażenie, dla mnie najważniejsze jest ogrzewanie. Wybieramy ogrzewanie wodne, nigdy nie miałem suchego w samochodzie. Powietrze jest czyste i ma odpowiednią wilgotność. Zawsze bierzemy też pakiet zimowy. W Skandynawii można się podpiąć na parkingu do gniazdka i dogrzać silnik w nocy. Rozruch jest łatwiejszy, silnik wolniej się zużywa. Zawsze jest spór, czy lepsza jest oś pchana, tzw. pusher czy wleczona – boogie. Ludzie, z którymi rozmawiam, uważają, że jak się jedzie do Skandynawii, to tylko boogie trzeba mieć, bo to duże zbiorniki i dobra przyczepność. Dla mnie osobiście nie istnieje boogie. Przy pusherku mogę łatwo dociążyć oś napędową i mam mały promień skrętu. Auto mnie słucha, jedzie, gdzie chcę. Poza tym pusher mi się niesamowicie podoba, ma taką zgrabną „talię”.
Następna będzie salonka?
Dodatkowe wyposażenie, dzięki którym każda Scania Luk-Transu przyciąga wzrok, to już czysta pasja.
– W Szwecji kiedyś się budzę, bo słyszę harmider wokół samochodu. Zastanawiam się, czy ktoś mnie zahaczył, czy co? Odsłaniam firanki, a tam drużyna hokejowa dziewczyn robi sobie zdjęcia przy mojej ciężarówce. Na trasie kierowcy unoszą kciuk do góry, w Holandii zataczają serce. Od samego początku tuningowałem samochody. Scania to taka kobieta, która lubi być wyszykowana. Do pięćsetki, którą kiedyś miałem, firma z Rybnika zrobiła mi osłonę rurową w kształcie V z podświetlanymi gryfami. Zrobili jeden jedyny egzemplarz, tylko dla mnie – uśmiecha się Łukasz.
– Człowiek musi być wariatem, żeby zamienić 100-metrowy dom na zaledwie cztery metry kwadratowe kabiny. Żaden pieniądz tego nie wynagrodzi, to musi być coś więcej. Mama mi pokazała zdjęcie z przedszkola, jak miałem 5 lat i ciężarówkę nosiłem na rękach. Mówi, że zawsze widziała, jakie zabawki wybieram, w jakim kierunku idę. Bardzo wcześnie zrobiłem prawo jazdy na osobówkę. Moja rodzina miała pole, więc traktorem też wcześnie zacząłem jeździć. Do wojska poszedłem na ochotnika, żeby zrobić prawo jazdy na ciężarówki. To był ostatni taki pobór w 1999 roku, gdy prawo jazdy można było zrobić za darmo. Za pierwszym razem zdałem testy i jazdę. Po wojsku pracowałem jako kierowca zaopatrzenia w Lublinie, równocześnie zrobiłem sobie prawo jazdy na przyczepy, wyjechałem do Szwecji i tam zacząłem jeździć. Lubiłem mechanikę, dlatego naprawy i obsługę robiłem sam, po powrocie do bazy. Chyba nigdy nie marzyłem o pracy kierowcy, ale gdzieś to podskórnie we mnie siedziało.
Jak dzieci dorosną…
Minusów jest sporo, tylko trzeba umieć je w pewien sposób pozytywnie przyjmować. Brak pryszniców, normalnego życia, brak kontaktu z rodziną przede wszystkim. Po powrocie staram się wynagrodzić rodzinie nieobecność.
Plusy są takie, że jak stanie się na parkingu i znajdzie jakiś fajnych chłopaków, których się w ogóle nie zna, można ugotować wspólnie obiad, spędzić weekend na rozmowach, na takim żywym dialogu. To są fajne wspomnienia. Wożąc taki sprzęt, jak my wozimy, nie jeździ się tylko po dzielnicach przemysłowych, ale dociera się do rolników, pokonuje góry, doliny. Są cudowne miejsca, które można zobaczyć.
Rozmawiałem z moją Małgosią, że kiedy dzieci podrosną, pasowałoby wrócić na trasę, przebudować kabinę, przedłużyć z 60 centymetrów, żeby była salonka i cała Europa nasza!
Artykuł pochodzi z magazynu W Trasie 2/2022
