
Dziś drugim domem Martina Olsena jest port. Lecz nie zawsze tak było. Jadąc przez miasto, mija swoje dzieła, których nie podpisał.
Tromsø leży 350 kilometrów za kołem podbiegunowym. Szczyci się najdalej wysuniętym na północ uniwersytetem i browarem. Jest największe w regionie, a Prąd Północnoatlantycki sprawia, że klimat jest tu dość łagodny. Przynajmniej jak na miasto, gdzie noc polarna trwa siedem i pół tygodnia. Może dlatego Martin kiedyś myślał, że świetnie sobie da radę jako mechanik rowerowy.
Nie wytrwał długo w tej pracy. Poszedł w ślady ojca i został operatorem żurawia. Dawno temu ojciec jeździł w transporcie długodystansowym. Jego nosata Scania L76 była niezmordowana. Lecz gdzieś tak w 1971 roku tato powiedział sobie dość. Duża konkurencja, długie wyjazdy. Mało brakowało, żeby maleńki synek zaczął mówić do niego „proszę pana”. Dlatego przebudował ciężarówkę i zamontował na niej żuraw. Odtąd jego specjalnością zostały usługi dźwigowe.

Praca jak zawsze
Martin Olsen ma dziś 57 lat. Długo prowadził własną działalność, ale po kryzysie finansowym w 2009 roku sprzedał samochód i firmę do TA Eiendom. Nadal robi dokładnie to samo co wcześniej. Jedyna różnica polega na tym, że jest teraz pracownikiem, a nie szefem. Mimo to w dużej mierze sam zarządza swoim dniem pracy. Inny plus to sprawy administracyjne, którymi już nie musi się zajmować.
Prowadzi sześcioletnią, jasnoniebieską ciężarówkę Scania R 500. Czteroosiowe podwozie z żurawiem zostało odpowiednio przygotowane do pracy. Przewidziano miejsce na podpory, a żuraw zamontowano tak, aby nie przeciążał ramy i osi. Scania wyposażona jest w dźwig Palfinger o imponującym maksymalnym momencie obciążającym 92 tonometry. Żuraw ma osiem hydraulicznych wysięgników teleskopowych i zasięg 32 metry.
Sezon połowów
Najłatwiej spotkać Martina w porcie. Z daleka widać jego żuraw, on sam też rzuca się w oczy. Zawsze ma kowbojski kapelusz z szerokim rondem. Pod spodem nosi kask. Bezpieczeństwo przede wszystkim!
W większości pracuję w granicach Tromsø. W ostatnich latach pojawia się coraz więcej zleceń na rozładunek, gdy statki rybackie przypływają do portu. Wtedy pracujemy non-stop, całymi dniami, aż ładownie zostaną opróżnione – mówi Martin.
Rybołówstwo to podstawa tutejszej gospodarki. Port nie zamarza, działa przez cały rok. W okresie połowów statki rybackie tłoczą się na redzie jak taksówki na Manhattanie.
Wcześniej Martin dużo pracował w budownictwie. Wiele nowoczesnych domów w mieście ma olbrzymie szyby, które pomógł zamontować na fasadzie. Budował „szklane domy” za kołem polarnym! Stojąc na nabrzeżu może pokazać palcem budynki, do których wstawiał okna.
Piąte pokolenie
Martin jest piątym pokoleniem, które zawodowo ma do czynienia z samochodami. Pierwszy z rodu był blacharzem. Potrzebował transportu na własne potrzeby i firma rozrosła się w kierunku przewozów.

Współpraca z marką z gryfem też ma tradycję liczoną w dekadach. Zanim Scania oficjalne otworzyła przedstawicielstwo w regionie, ojciec Martina już nią jeździł. Martin też jest wierny marce. Wie, że może polegać na samochodzie i na serwisie.
Jestem bardzo zadowolony z warsztatu w Tromsø. Zawsze mogę liczyć na pomoc, chociaż staram się nie doprowadzać do sytuacji, gdy byłaby konieczna – mówi Martin Olsen. Dba o swoją ciężarówkę, a Scania go nie zawodzi. Zawsze jest gotowa rozładować jeszcze ten jeden trawler.
Artykuł pochodzi z magazynu: Scania-Fokus-4-2025
